..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Ogólne

   » Rozgrywka

   » Świat

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Amor Vincit Omnia cz.1




Pierwszą rzeczą jaka docierać zaczęła do jej powracającej świadomości był smak vitae w ustach. Choć jeszcze nie nawiązała do końca kontaktu z otaczającą rzeczywistością, machinalnie poruszyła wargami spijając życiodajną esencję. Lekko metaliczny, acz rozkoszny aromat rozpłynął się w niej, zmuszając niejako do powrotu do świadomości.
Bardziej wiedziała niż czuła, że leży na zimnej marmurowej podłodze sypialni, z głową umieszczoną na czyichś kolanach.
Prawie nie kontrolowała własnego ciała, jej zmysły było mocno przytępione. Właściwie nie odczuwała bólu, raczej przeogromne, przytłaczające zmęczenie, inne jednak niż to wywołane zwykłym brakiem krwi. Podobne było do stanu, w którym z każdej komórki składającej się na organizm uszłaby energia. Nie składniki odżywcze, jakimi była niewątpliwie vitae, ale sama czysta energia, być może pochodząca właśnie z niej, a być może będąca raczej czymś mistycznym. Mistycznym.. To słowo skojarzyło jej się z jakąś sprawą, jednak uleciało z głowy tak szybko, jak się pojawiło pozostawiając po sobie jedynie pytanie bez odpowiedzi. Widać to jeszcze nie był odpowiedni czas na analizę wydarzeń minionej nocy.
Im dłużej leżała, tym więcej faktów zaczęła kojarzyć. Stopniowo dochodziła do siebie. Chociaż nadal była potwornie słaba i fakt ten nie ulegał zmianie mimo upływu czasu, sama świadomość i wspomnienia minionych wydarzeń powracały do niej powoli.
Wysiliła znacznie umysł i wolę próbując przypomnieć sobie gdzie jest, jak się tu znalazła i co spowodowało jej obecny stan. Udało się, a wspomnienia wielkimi falami zalewać poczęły jej umysł.
W tym samym czasie słysząc nad sobą czyjś głos nieświadomie otworzyła oczy. Obraz przed nimi był zamazany i niewyraźny, praktycznie widziała tylko światło, cień i zarys kształtu jakiejś postaci. Umęczona przymknęła oczy, by po chwili otworzyć je ciężko z powrotem. Teraz świat dookoła był nieco ostrzejszy. Skoncentrowała się i skupiła wzrok na klęczącej nad nią osobie, na kolanach której znajdowała się jej głowa, a vitae z nadgarstka kapała w usta. Przez chwilę mimo wszystko nie była w stanie określić kim ona jest i skąd ją zna. Po paru sekundach nadeszło jednak zrozumienie, a także skompletowane już wspomnienia z kilku ostatnich nocy, odkąd opuściła bezpieczną przystań sił Camarilli w NY. Jeszcze raz spojrzała na zerkającego na nią kainitę i rozpoznała tym samym jedną osobę.
- Snake..



***


Rozejrzała się po ogromnej sypialni w której przymusowo przyszło jej mieszkać.
Była przestronna, bogato urządzona i bardzo komfortowa. Utrzymana w ciemnej tonacji, niemal cała w drewnie, oświetlona pomarańczowym ciepłym światłem sprawiała pozorne wrażenie przytulności i bezpieczeństwa. Do najbardziej charakterystycznych sprzętów w niej się znajdujących należał pokaźny, zdobiony kunsztownie, wykańczany mosiądzem i szkłem kominek, jak również ustawione pod ścianą przeogromne łoże. To ono w największym stopniu przykuwało uwagę wchodzącej tam pierwszy raz osoby. Mierzące grubo ponad dwa metry, zarówno długości jak i szerokości, leże spowite było w ogromne ilość najdroższych i najcudniejszych materiałów z których uszyta była pościel, często ręcznie i bogato wykańczana misternymi złotymi obszyciami i skomplikowanymi wzorami znajdującymi się w jej centrum. Szczególnie piękne wydawały się licznie ułożone na niej poduszki: miękkie, aksamitne, zawsze pachnące najlepszymi i najkosztowniejszymi perfumami właściciela, których urokowi wprost nie można było się oprzeć, a noc spędzona na nich już do końca życia zapadała w pamięć. Samo łoże niejako otulone było upiętym teraz baldachimem z ciężkich, amarantowych aksamitnych zasłon przewiązanych w połowie grubymi sznurami wykańczanymi złotem, wspartych na strzelistych, ręcznie rzeźbionych kolumnach ukazujących bogate motywy roślinne. Pomimo swego przepychu nie wydawało się ono banalne jak większość podobnych, a wręcz przeciwnie- świadczyło o bardzo subtelnym i wyrobionym guście osoby która tak kazała je urządzić.
Pod nim rozciągnięty szeroko był gruby, długowłosy dywan, leżący na jasnej, marmurowej podłodze koloru kości słoniowej, która była jednym z nielicznych elementów rozjaśniających wnętrze. Nieco dalej stał niewielki stół z alabastrowym blatem i złotymi brzegami, a przy nim dwa miękkie, wyściełane aksamitem krzesła. Pod kolejną ścianą znajdowała się ręcznie rzeźbiona komoda, po części służąca jako barek, gdyż stały na niej kryształowe kieliszki i dwie karafki z ciemnoczerwonym gęstym płynem. Oświetlona była najczęściej jasnym halogenem, dzięki czemu znajdujące się na niej szkliwo rzucało delikatne refleksy na ściany i resztę pomieszczenia. Właśnie one często zastępowały pełne oświetlenie, za którym dawny gospodarz nie przepadał.
W dość szerokim wgłębieniu w ścianie naprzeciw łoża znajdowała się pokaźna szafa ozdobiona ornamentami na drzwiach; praktycznie nie wystawała ona ze swego miejsca, co pozwalało zachować pomieszczeniu wyraz lekkości. Niedaleko niej stała jeszcze jedna niewielka szafka, na której umieszczono sprzęt grający, obudowany w drewno, by nie psuł klimatu sypialni, a jednocześnie umożliwiał rozkoszowanie się subtelnymi dźwiękami muzyki, tak lubianej przez sabatniczego właściciela rezydencji.
Ściany sypialni, połączone z kilkoma półkolumnami wykańczanymi u góry i na dole złotą farbą, były bliżej nieokreślonego podobnego do mieszanki brązu i bordo koloru; znajdowały się na nich bardzo cenne okazy broni białej, wraz z ulubioną, ozdobną, hiszpańską szablą siłą wymeldowanego stąd Kardynała. Nie zdążył jej zabrać, jak wielu innych rzeczy zresztą, gdy zmuszony był uciekać stąd 4 lata wcześniej.
Na suficie znajdowały się liczne płaskorzeźby, w centrum duże malowidło przedstawiające jakąś mitologiczną scenę, a obok niego zaczepiony wiszący, kryształowy żyrandol , który choć rzadko używany był dumą Polonii.
Nigdzie nie było jednak żadnego innego sprzętu elektronicznego, zwykle lubianego przez Sabatników, luster, i co dość dziwne wśród mających obsesję na punkcie swego wyglądu członków klanu Lasombra- portretu gospodarza. O oknie nie mogło być nawet mowy- sypialnia ze względów strategicznych znajdowała się w podziemiach willi.
Choć od kilku ostatnich lat urzędowała tu Camarilli, a nie były Arcybiskup do którego wszystko to należało, jakoś nikt z zamieszkujących w domu kainitów nie miał odwagi nic zmieniać w tym pokoju, ani go zajmować. Wszyscy czuli bowiem jakiś niewytłumaczalny szacunek do tego miejsca, a także strach przed nim, i na samą myśl o konieczności naruszenia czegoś w sypialni najpotężniejszego z nowojorskich sabatników, przechodziły im ciarki po plecach. Sypialnia pozostawała więc zamknięta, lecz dzięki temu pomieszczenie nadal sprawiało wrażenie bogatego, gustownego, ale zarazem przestronnego i dającego „oddychać” miejsca i nie zostało skażone często pozbawionymi gustu zabiegami młodych camarillczyków.
Fakt jednak pozostawał faktem: można było szczerze nienawidzić tego, do kogo należało to lokum, można nim było gardzić, ale na samą myśl o nocy w tej sypialni przez ciało przechodziło przyjemne mrowienie. Urządzający go Lasombra, jak na dawnego szlachcica przystało, miał naprawdę dobry gust.
Choć sensualnie mogło to być dla niej teoretycznie najcudowniejsze pomieszczenie na ziemi, psychicznie Victoria nie mogła znieść tego miejsca. Zbyt wiele przykrych wspomnień się z nim wiązało.
Mimowolnie powróciła w pamięci do czasów, gdy poprzednio się tu znajdowała.
To było podczas niewoli w Sabacie kilka lat wcześniej. Do sypialni trafiła na przełomie 1999 i 2000 roku, wcześniej trzymano ją w znajdujących się poziom niżej lochach. Dopiero na wyraźne życzenie i za sprawą ówczesnego Arcybiskupa znalazła się w jego komnacie. Najpierw ze względów praktycznych, potem jako kaprys, sposób zrealizowania perfidnego planu. Nie, nie bił jej ani nie torturował gdy tam była, za bardzo cenił swój azyl i bał się, że przez przypadek mogliby coś zniszczyć podczas „zabawy”. Jeśli już chciał jej dokuczyć, znęcał się nad nią psychicznie i mentalnie, poddając licznym wymuszeniom.
Bywała tu już kilkakrotnie wcześniej, ale zawsze na krótko. Dopiero w 1999 roku Polonia przeniósł ją na dłuższy czas. Było to wtedy, gdy za sprawą swoich wpływów Camarilla na dwa tygodnie wyłączyła mu prąd i ogrzewanie. W rezydencji, w szczególności zaś w podziemiach, było tak nieznośnie zimno że nie dało się wysiedzieć. Wtedy to Lasombra wpadł na genialny pomysł, że najlepszym grzejniczkiem będzie dla niego właśnie znana ze swych ludzkich cech Victoria. Zabrał ja więc z celi do siebie, karmił regularnie i zaczął stosownie wykorzystywać. Od tej pory pod jego nieobecność całymi nocami leżała w sabatniczym łożu grzejąc je do czasu powrotu właściciela. Jak dla Francisca mogłaby spać i kiedy on był, tuląc się do jego boku i zapewniając przyjemne ciepło przez cały czas snu, jednak po gwałtownej odmowie ze strony dziewczyny i argumentacji pazurów na swej twarzy Arcybiskup porzucił ten pomysł. Jako formę kary za odmowę wspólnego łoza, gdy kładł się spać Sabatnik wyrzucał cienko ubraną kainitkę na zimną, kamienną podłogę i zmuszał do spania bez jakiegokolwiek przykrycia, dodatkowo dla większego upokorzenia przykuwając do łoza łańcuchem.
Pomimo dojmującego zimna i niewygody nie zdecydowała się przeprosić ani wrócić jak żądał, i dumnie spała u jego stóp. Ulegnięcie mu byłoby dla niej jeszcze gorszą hańba niż warunki w jakich musiała przebywać.
Oprócz samego spania, gdy było mu bardzo zimno, a miał w planach audiencję, z uporem ciągnął ją ze sobą na poszczególne zebrania i tam jak maskotkę trzymał przy swym boku, ogrzewając tym samym swe przywykłe do ciepła potężne ciało. Aby nie walczyła i nie stawała okoniem przy gościach, wcześniej osuszał ją z krwi, po czym głodną, wycieńczoną i ledwo przytomną przebierał w bogate szaty i wtulał w swoje ramię. Drobna, ciemnowłosa Ventrka o jasnej skórze i ciemnoniebieskich oczach wzbudzała duże zainteresowanie pośród odwiedzających Arcybiskupa wampirów, jednak żadne z licznych zadanych przez nich pytań dotyczących jej osoby nie spotkało się z odpowiedzią.
Jeśli był w dobrym humorze, a sprawy toczyły się po jego myśli, Polonia gdy wznosił toasty z resztą gości ją też czule poił, zupełnie tak jak najlepszymi kąskami dokarmia się ukochanego kota. W całej tej farsie jedyną rzeczą za jaką mogła być mu wdzięczna był fakt, że oszczędził jej łańcucha na szyi i trzymania jak psa na smyczy, które to było bardzo popularne wśród równych mu statusem sabatników i często stosowane wobec więźniów należących niegdyś do wrogich sekt. Kilku gości namawiało go otwarcie do tego typu działania, on jednak uporczywie odmawiał tak ogromnego poniżania jej jako zwyczajnie bezsensownego. Przypuszczała, że choć była jego więźniem, to poprzez upór, konsekwencje i walkę zdobyła w jakiś sposób cień respektu ze strony swego władcy. Gdy był rozsierdzony wprawdzie nadal potrafił ją pobić do nieprzytomności czy brutalnie upokorzyć, zawsze jednak robił to osobiście i wtedy gdy byli sami, oszczędzając tym samym publicznego upodlenia i wystawiania na pośmiewisko.
Lecz oprócz bólu, wstydu i poniżenia była też i czułość..
Niezbyt często, ale zdarzało się, że zamiast kolejnych ciosów ofiarowywał jej odrobinę delikatności i ciepła. Bywało, że pozwalał sypiać na kanapie owijając grubo aksamitną narzutą, że dawał do picia najlepsze vitae czy wino, że ostrożnie i czule obmywał głębokie rany, które zadał jej Black Hand kiedy próbowała uciec z willi..
Nie rozumiała go, jego zachowania, wymagań i planów wobec niej. Wiedziała jednak, że pod koniec pobytu tutaj Lasombra pragnął jej jak niczego innego na świecie i gotów był obiecać wszystko, aby tylko przyłączyła się do Sabatu. Przypomniała sobie z jaką siłą i zapałem próbował ją przeciągnąć ze sobą przez cień gdy zmuszony był uciekać, po tym jak Camarilla wtargnęła do willi. I jego wzrok gdy zapowiadał że to jeszcze nie koniec... że nie pozwoli jej odejść.. że będzie jego, czy chce czy nie. I niedawne słowa że musi do niego powrócić..
Czuła swego rodzaju wstręt do niedawno awansowanego na Kardynała byłego Arcybiskupa miasta; miała żal za to co zrobił i w jaki sposób ją traktował, ale w całej swej nienawiści nie mogła zmienić faktu, że on ją w perwersyjny sposób pociągał.
Teraz nadszedł czas wyrównania rachunków. Gabriell przywiózł ją tu i kazał zmierzyć się z przeszłością, co też miała zamiar zrobić. Choć wszyscy protestowali przeciwko jej decyzji, postanowiła osobiście odszukać i zemścić się na Sabatniku za to co jej zrobił.
Energicznie rozejrzała się za resztą rozrzuconej po sypialni broni, co udało się zmieścić wrzuciła do dużej czarnej torby i zasunęła ją zwinnym ruchem.
Zdawała sobie sprawę, że liczne miecze i broń palna są niczym w porównaniu z batalionem Sabatu, ale liczyła, że dzięki dyscyplinom uda jej się przemknąć w pobliże Francisca de Polonii i uderzyć z zaskoczenia zapewniając tym samym przewagę taktyczną i możliwość wygranej. To ona musiała zadać mu decydujący cios udowadniając, że wbrew jego twierdzeniom jest w stanie go pokonać.
Nie ważne, że mogła to przypłacić własnym nie-życiem czy kolejną niewolą. To była dla niej sprawa honoru i dawno temu urażonej dumy.
Z trudem podniosła ogromny karabin bojowy swego adwersarza i zauważyła, ze jest większy od niej samej. Pamiętała jak chwalił cacko, gdy pierwszy raz go zobaczyła. Ta zabawka powinna skutecznie zatrzymać wszelkich sabatników na jej drodze. Tylko dlaczego musi być tak piekielnie ciężka i nieporęczna..
Nie zdążyła dobrze pomyśleć, gdy karabin wypadł jej z ręki i uderzył o marmurową podłogę robiąc mnóstwo hałasu. Po chwili w szeroko otwartych drzwiach stali już jej przyjaciele, Snake i Mlle Mandragora.
- Eeeee... Victoria... Co ty do licha robisz ?!?


***



Ten pomysł z ucieczką był wprost genialny. Nikt nie spodziewał się, że mogłaby zwyczajnie wejść do łazienki i wyparować. Cóż, Forma Mgły zawsze była jedna z najlepszych i najbardziej użytecznych mocy. Warto było się jej.. hm.. „uczyć”.
Drobna kainitka, teraz wyposażona w MP-eka i miecz, delikatnie uśmiechnęła się do swoich myśli i rozejrzała dookoła. Znajdowała się nieopodal świeżo przejętej przez Kardynała willi byłego Księcia NY, dwie noce temu zdiabolizowanego przez napierający Sabat. Nie była ona tak okazała jak poprzednia którą dysponował, jednak zapewniała mu silny punkt oporu w mieście.
Niewielki prostokątny dom koloru kości słoniowej otoczony był jedynie prostym murem i żelazną, kutą bramą. Przed wejściem znajdowała się średniego rozmiaru rabatka, w której zasadzone były róże, margaretki, bratki i kilka paproci. Drzwi prowadzące do miniaturowej willi były stosunkowo proste, ze złotą kołatką pośrodku. Od deszczu osłaniało je niewielkie zadaszenie i z jednej strony szyba z grubego kolorowego szkła. Przed wejściem, na wyniesionych stołkach, siedziało czterech mężczyzn. Jeden oficjalnie czyścił swój spory miecz, pozostali rozmawiali czasami tylko strzelając oczami na boki w poszukiwaniu zagrożenia.
Samochód zostawiła w takiej odległości od domu, by nie wzbudzał większych podejrzeń, a sama powoli poczęła skradać się w stronę budynku. Doskonalsze ukrycie się umożliwiały liczne krzaki, a właściwie gęsto zasadzony żywopłot. Przemykała pomiędzy nimi nie wydając żadnego dźwięku, szukając jakiejkolwiek możliwość wejścia, wyłączając spotkanie z panami przed głównym wejściem. Gdy była już na tyle blisko, że ktoś z strzegącego siedziby Sabatu Black Handu mógłby ją przyuważyć, użyła dodatkowo mocy Niewidoczności. Ostrożnie zaczaiła się od tyłu posiadłości i wślizgnęła przez otwarte okno do środka
Wewnątrz panował nieprzenikniony mrok. Musiała mocno wytężać zmysły aby się w nim poruszać. Gdyby znała to pomieszczenie wcześniej nie byłoby problemów; dobrze poruszała się w ciemnościach. Teraz jednak groziło jej, że może nieuważnie zrzucić jakiś drobniejszy przedmiot i narobić hałasu. Stąpała więc powoli i ostrożnie po zdającym się być gabinetem pokoju.
Przy drzwiach zahaczyła o stojący na szafce kryształowy wazon, ale w porę udało jej się go złapać. Wytężyła słuch koncentrując się na dźwiękach dochodzących z korytarza. Panowała dziwna cisza. Uchyliła drzwi i wyślizgnęła się na zewnątrz.
Zastanawiała się gdzie może być Polonia i czy w ogóle jest w domu. Archonci wskazali jej wprawdzie willę w której przebywa, ale nie byli w stanie powiedzieć nic więcej o tym miejscu. Wchodząc tu była zdana jedynie na swój instynkt i zdolności.
Szła powoli korytarzem nasłuchując głosów i uważając by na kogoś nie wpaść. Po drodze zauważyła kilku rozmawiających Sabatników ale zignorowała ich, przynajmniej do czasu kiedy usłyszała słowo „Kardynał”. Wtedy zbliżyła się w ich stronę i zaczęła podsłuchiwać. Udało jej się dowiedzieć, że Lasombra jest na piętrze w swojej sypialni
Porzucając cześć środków ostrożności, a jednak nadal bezszelestnie, wbiegła po miękkim dywanie na górę i spokojnie krocząc korytarzem próbowała zlokalizować pokój Sabatnika.. Gdy tak stała zamyślona usłyszała jego głos. Głos, którego nie mogła zapomnieć, a który dręczył ją w snach.
Nadal pod Niewidocznością podeszła do drzwi zza których dobiegał dźwięk. Oprócz Francisca nie było słychać nikogo innego co wskazywało, że rozmawiał przez telefon.. Leciusieńko uchyliła drzwi, na tyle tylko, aby móc go obserwować i czekała.
Niewiele się zmienił od ich ostatniego spotkania. Nadal nosił czarne, lekko nastroszone u przodu włosy i starannie przystrzyżoną bródkę. Nic nie zbladła także jego słynna opalenizna, ale paradoksalnie wcale jej ona nie przeszkadzała. Albo już przywykła albo..
Miał na sobie proste, ciemne, wygodne ubranie, a na ramiona narzuconą czarną skórzaną kurtkę. Oznaczało to jedno- był w każdej chwili gotowy do walki.
Zawsze tak się ubierał gdy spodziewał się możliwości ataku. Nawet rezygnował wtedy z ulubionej bieli i szarości, być może obawiając się, iż zbyt szybko zabrudziłyby się w walce, a on nienawidził ukazywać się inaczej niż w nieskazitelnym stroju, nawet jeśli chodziło o zwykłe spotkanie sfory po boju.
Jedynym elementem odcinającym się od ciemnego stroju był mały, srebrny krzyżyk, który od 400 lat nosił na szyi.
Kiedy odwrócił się plecami do drzwi i przez dłuższą chwilę stał przodem do odsłoniętego teraz okna, ciut mocniej otworzyła drzwi i przez utworzoną szparę przecisnęła do środka. Zrobiła to tak cicho i zwinnie, że zaskoczyła samą siebie. Szybko, acz najciszej jak potrafiła zamknęła drzwi; Sabatnik nawet nie drgnął ani nie przerwał konwersacji. Widać nie zarejestrował tego faktu. Ostrożnie przyczaiła się do jego pleców i przygotowała miecz. W momencie gdy unosiła go do zadania ciosu poczuła silny uścisk na ramionach i zamarła. Miecz wypadł z jej dłoni i z głuchym brzękiem uderzył o ziemię, a ona została zamknięta w żelaznym uchwycie Kardynała. Zrzuciła z siebie płaszcz cienia, już nie był w stanie jej pomóc, po czym podniosła głowę patrząc na potężnego Sabatnika któremu ponownie udało się ją pokonać. Szeroki, przebiegły uśmiech zagościł na jego twarzy.
Wykręcił jej ręce do tyłu tym samym wytrącając karabin, a następnie z nieukrywaną żądzą zagłębił kły w delikatnej szyi Ventrki. Kilka minut stała posłusznie, spijana przez niego, ogarnięta niewysłowioną rozkoszą aktu. Kiedy zaczęła słabnąc porwał ja na ręce i ułożył na łożu. Stanął nad głową i delikatnie, nieznacznie uśmiechnął.
- Miło cię znów widzieć Victorio.. Wiedziałem że przyjdziesz i.. Tęskniłem...
Po plecach przebiegł jej zimny dreszcz.


***

Co pewien czas traciła i odzyskiwała przytomność by już po chwili znów pogrążyć się w ciemnościach. Nie wiedziała ile to mogło trwać.
Czasami była na tyle świadoma by zauważać co się wokół niej dzieje, najczęściej jednak zbyt zamroczona, aby podjąć jakiekolwiek próby zrozumienia sytuacji.
Na jej pamięć składały się urywki niewyraźnych wspomnień. Kojarzyła, ze Kardynał trzymał ja przy swoim boku na jakimś łożu i wlewał w usta vitae z kielicha, pamiętała jak znajdowała się w sali audiencyjnej a on przy wszystkich gładził jej włosy, jak pojawiła się Mlle, Snake i ten.. Chors. A potem jak walczył z innym kainitą przed domem. I mnóstwo innych drobnych rzeczy które były jej udziałem.
Mimo wszystko pozostawała niemal biernym obserwatorem tego co się wokół niej działo. Zbyt wiele krwi jej odebrał i za dużo dziwnej substancji wlał w usta, by mogła jakkolwiek reagować.
A on się tylko uśmiechał...



***

Obudziło ją delikatne i czułe gładzenie po plecach. Od lędźwi, gdzie wyczuwała ruch, rozchodziło się przyjemne ciepło. Potężna ręka obejmowała ją w pasie i grzała jedwabistą skórę. Victoria to uwielbiała; mogła godzinami tak leżeć i rozkoszować się dotykiem dłoni Gabriella.
Będąc pewną, że znajduje się w objęciach swego Ojca, mocniej wtuliła się w zagłębienie jego ramienia. Z lekkim uśmiechem odpoczywała tak kilka chwil, jednak coś uporczywie jej nie pasowało. Zastanawiała się co, ale początkowo nie mogła za nic tego skojarzyć.
Już miała powiedzieć Gabriellowi, ze uwielbia jak ją tak tuli i uwielbia jego zapach, gdy nagle ją oświeciło. To zapach jej nie pasował. Był znajomy, ale to inna woda toaletowa niż zawsze. Podniosła głowę by zapytać Ojca dlaczego zmienił perfumy i przeżyła szok.
Z całą siłą wyszarpnęła się z uścisku i zeskoczyła z łoża na podłogę, sycząc przy okazji na tego, z kim przed chwilą się wylegiwała.
- Jak śmiesz !!!
Polonia uśmiechnął się nieznacznie, po czym zwinnym ruchem ześlizgnął z drugiej strony łóżka. Przebiegły uśmieszek nie schodził mu z twarzy, a w oczach tańczyły ogniki rozbawienia i pasji, gdy podszedł trochę bliżej dziewczyny, a ta momentalnie uciekła dalej.
- Wracaj natychmiast Ventrasku. Teraz już mi nie uciekniesz..
Ciężki kryształ z szafki stojącej obok Victorii poleciał w jego stronę i z hukiem rozbił o ścianę, gdy ten uniknął ciosu. Zarechotał pod nosem i jednym susem przesadził dzielący ich mebel, po czym lekko wylądował obok kainitki. Przestraszona chciała znów mu uciec, ale zdążył ją złapać zanim wykonała jakikolwiek ruch. W przypływie paniki poczęła szarpać się i rzucać jak ryba wyjęta z wody, lecz Sabatnik był zbyt silny by udało jej się wyrwać.
- Spokojnie Victorio... Dobrze wiesz że walka ze mną nie ma najmniejszego sensu. Poddaj się, a obiecuje, że nic ci nie zrobię..
Trzymając ją w swych stalowych ramionach nachylił się znacznie i pewny głosem wyszeptał w ucho te kilka zdań. Gdy, zgodnie z tym czego się spodziewał, jego działanie nie przyniosło żądanego efektu, silnie złapał dziewczynę za włosy i uniósł głowę do góry zmuszając by patrzyła mu w oczy.
- Spokój powiedziałem !!!
Kainitka natychmiast przestała się opierać i z ogromnym zaskoczeniem uświadomiła sobie, że on ją Zdominował. Zdominował 6 pokolenie !!! A więc plotki o rzekomym diabolizmie na potężnej Archontce musiały być prawdą.
Stojąc spokojnie nadal zerkała w twarz Sabatnika. Ten puścił ostrożnie jej włosy, pogładził po nich, po policzku i wsunął jeden z palców pod brodę, czule zadzierając głowę jeszcze troszkę wyżej. Mrugnął porozumiewawczo.
- Tak o wiele lepiej słodka.. O wiele...
Objął ją silnie, czule, głowę zagłębił w czarne, gęste włosy matuzalemki, ukąsił lekko w uszko...
- Taką właśnie cię lubię. Posłuszną i uległą.
Przesunął dłonią po jej plecach, zjechał w dół, ułożył na lędźwiach i przyciągnął jeszcze mocniej ku sobie. Chciała się opierać, ale nie mogła. Jej rozum mówił jedno, ale dominowane brutalnie ciało odmawiało posłuszeństwa. Tuląc ja do siebie coś szeptał do ucha, już nawet nie pamiętała co. Widać gołym okiem było tylko, że to co robi sprawia mu niezłą frajdę.
Pociągnął ją za sobą na łoże uważając by nie zrobiła sobie krzywdy.
- Idziemy spać. Do zmierzchu jeszcze dużo czasu, a ty musisz wypoczywać. Mam plany na jutrzejszą noc. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, jutro będziemy spać w mym dawnym leżu, w starej willi..
Zerknęła na niego badawczym wzrokiem: przecież poprzednia rezydencja jest w rękach Gabriella..
Odpowiedzią była kolejna dominacja i jeden rozkaz:
- Śpij !



Tym razem nie poszło mu już tak łatwo. Kiedy Victoria doszła do siebie postanowiła pokazać Kardynałowi gdzie jego miejsce. Przestała bezrozumnie uciekać-zamiast tego podjęła walkę. On do niej, ona w niego leżącymi dookoła przedmiotami. Irytowało go to nieco, bo nie pozwalało spokojnie działać. Unikając przedmiotów doskoczył do niej i złapał w ramiona, jednak w tym samym momencie wbił mu się w plecy lezący wcześniej na ziemi miecz. Wszedł głęboko w ciało powodując ból i zmuszając kainitę do puszczenia Ventrki.
Zrobiła kilka kroków w tył odsuwając się z zasięgu jego rak; Polonia uklęknął na jedno kolano, wykręcił się do tyłu jak mógł najbardziej i z lekkim jedynie skrzywieniem twarzy wyrwał miecz z rany. Krew spłynęła po nieskazitelnej do tej pory koszuli plamiąc ja znacznie nim zdążył zregenerować ranę. Nadal trzymając ostrze w rękach aby uniknąć kolejnych nim ciosów, drapieżnie podniósł wzrok i spojrzał na Victorię.
Jednym ciosem rzucił zaskoczoną na łoże, wskoczył obok i próbował skuć kajdankami. Szarpała się i drapała jak mogła, ale nie dawało to żadnych efektów. Ścieżką Umysłu podnosiła przedmioty i uderzała nimi w swego napastnika. Choć był piekielnie silny, jej opór, a także atakujące go przedmioty dekoncentrowały go na tyle, że nie mógł jej przykuć do łóżka.
Podczas gdy tak walczyli, robiąc mnóstwo hałasu przy okazji, drzwi do pokoju otworzyły się i stanęła w nich Mlle wraz ze Snakiem, a także kilku Black Handów.
Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie.
Zapamiętała tylko, że goniła się z Kardynałem wokół łoża, Mlle i Snake poczęli wtrącać się w walkę, Black Hand ich przytrzymywał, a Polonia naciskał coraz bardziej...
Z całego zamieszania wyrwało ją uderzenie i upadek na ziemię. To wyrzucona wcześniej z pokoju Mlle wpadła z powrotem przewracając wszystkich niechcący.
Victoria upadając uderzyła o łoże i ześlizgnęła po pościeli na podłogę. Francisco podszedł do niej, przyklęknął obok, ujął za brodę i unosząc głowę sprawił, że na niego spojrzała. Rzucił Prezencje i
Zdominował gdy nieporadnie próbowała się podnieść.
- Chodź do mnie. Pomogę ci..
Zauroczona patrzyła w Sabatnika, jednocześnie podając mu dłoń i z jego pomocą wstając. Silnym ruchem ręki przygarnął ją do siebie wtulając w swe ciało.
Mlle coś krzyczała i walczyła z pilnującymi ją wojownikami Czarnej Ręki, Snake ją ochraniał. Ogólnie sytuacja chyba go nawet nudziła.
Polonia zerknął z pogardą na Malkaviankę, przeniósł wzrok z powrotem na Victorię i nie tracąc kontaktu wzrokowego szepnął kilka słów.
- Victoria, prawda że nie chcesz odejść? Powiedz to. Powiedz że chcesz ze mną zostać.
- Nie chcę... Zostanę z Tobą.
Mlle nie mogła znieść tego, co robią z jej przyjaciółką i szarpała jak wściekła. Wrzaski dziewczyny dekoncentrowały słodką własność Sabatnika, teraz delikatnie wtuloną w jego pierś i cudownie uległą. Zirytowało go to potężnie, gdyż w każdej chwili mógł stracić panowanie nad sytuacją. Twardo spojrzał na Black Hand i ruchem głowy w stronę wojujących wampirów wydał polecenie.
- Posprzątajcie to chłopcy...
Nie zważając na głośne protesty Mlle i Snake zostali wyrzuceni na korytarz, a Hand wyszedł za nimi pozostawiając zwierzchnika samego.
Polonia tymczasem zajął się Ventrką. Patrzył na nią z mieszanką pożądania, pogardy, wyższości i czułości.
Pochylił głowę nad szyją wampirzycy, namiętnie musnął językiem delikatną skórę pieszcząc ją przy okazji, przesunął zwinnie na ucho, a następnie języczek zaplótł w małżowinkę i ukąsił lekko. Potem jeszcze raz i jeszcze. Nie spijał vitae z maleńkich ranek które sam tworzył, te zalizywał na miejscu nie pozwalając uronić się ani jednej kropli. On po prostu się bawił. Wyraźnie usatysfakcjonowany dotychczasowymi sukcesami kontynuował swą grę, ciesząc się uległością zauroczonej kainitki.
W pewnym momencie popełnił jednak błąd. Próbując przełożyć ją na łoże nieostrożnie zbyt mocno ścisnął jej żebra, a gdy się szarpnęła kąsając uraził jakiś podskórny nerw, co wywołało falę bólu. To ją oprzytomniło. Krzyknęła, wyrwała z jego rąk i nieprzygotowanego tak mocno odrzuciła od siebie, że wpadł na drzwi wylatując z nimi na korytarz i lądując pod nogami Snaka.
Nieco zszokowany podniósł się, otrzepał, Snake parsknął śmiechem, Hand spojrzał dziwnie na przełożonego, a Victoria ostrożnie zbliżyła się do pustej teraz futryny. Niejako upokorzony, Sabatnik rzucił się na nią, a ta wystraszona wskoczyła do środka. Ledwo zdążyła krzyknąć, gdy powalił ją na ziemię, wskoczył na plecy i brutalnie wbił kły w szyję. Kątem oka spostrzegła jak Mlle skoczył na pomoc i ukąsiła trzymającego ją napastnika, ale Czarna Ręka błyskawicznie ją oderwała i unieruchomiła. Victoria chciała walczyć, ale nie miała jak. Stopniowo, wraz z wypływającą krwią, czuła opuszczające ją coraz bardziej siły. Kiedy była już tak słaba, że nie mogła nawet drgnąć, Kardynał zalizał ranę, uniósł z podłogi i położył na łóżku.

Nim ze zmęczenia zasnęła, zauważyła że Snake wraz z Polonią bezczelnie i z premedytacją dobijali o nią targu, handlując zupełnie jak workiem ziemniaków.

Cdn...

Ventrue1.
komentarz[2] |

Komentarze do "Amor Vincit Omnia cz.1"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl


   Sonda
   Co chciałbyś znaleźć w Elisium?
WoD 2.0
inne podsystemy
więcej artykułów
opowiadania
dyscypliny
historię/politykę
humor
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   O dramie słów...
   Cytaty i wypo...
   Więzy Krwi
   Wampir na sre...
   Podręczniki- ...
   Szpitalik
   Ventrue
   Tremere
   Artur Lafayette
   Gangrel

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.047446 sek. pg: