..:: ELIXIR | Gry Fabularne(RPG) | Gry Komputerowe(cRPG) | Fantastyka | Forum | Twoje Menu Ustawienia
   » Ogólne

   » Rozgrywka

   » Świat

   Szukaj
>NASZE STRONY
 MAIN
:: Strona Główna
:: Forum
:: Chat
:: Blogi

 GRY FABULARNE
:: Almanach RPG
:: Neuroshima
:: Hard HEX
:: Monastyr
:: Warhammer
:: Wampir
:: D&D
:: Cyberpunk2020
:: Earthdawn
:: Starwars
:: Arkona

 GRY cRPG
:: NWN
:: Baldurs Gate
:: Torment
:: Morrowind
:: Diablo

 FANTASTYKA
:: Literatura
:: Tolkien
:: Manga & Anime
:: Galeria

 PROJEKTY
:: Elcards
:: Chicago

Amor Vincit Omnia cz.4




Krople krwi kapały o ziemię wydając monotonny dźwięk. Kap, kap, kap.. Przed oczami pojawiła się jej metalowa trumna, jakieś zmasakrowane ciało, następnie srebrny, mały krzyżyk i Gabriell...
Wybrudziła się bardzo niespokojna. Wizja ze snu, choć niewyraźna i zamazana, prześladowała ją nawet na jawie. Victoria znów zaczęła popadać w przygnębienie. Z odrętwienia wyrwała ją dopiero wizyta ghula.
Kainitka była wówczas w tak paskudnym nastroju, że dla rozrywki postanowiła na niego zapolować. Bawił ją strach chłopaka, gdy uciekał zarówno przed nią jak i cienistymi mackami. Dawno uśpiony sadyzm i żądza dokuczenia komuś budziły się w niej.
Nie potoczyło się to jednak tym torem.
W pewnym momencie ghul powiedział coś, co zainteresowało matuzalemkę, jednocześnie hamując dotychczasowe destrukcyjne zapędy.
Pomimo przerażenia ghul wybąkał kilka ciekawych rzeczy zarówno o metalowej trumnie ze snu, która jak się okazało stoi w podziemiach, o swoim panie, a także jakimś trzecim mężczyźnie, który tylko patrzył jak się ich wszystkich pozbyć.
Victoria poznała także jego smutna historię o tym jak jest traktowany i do czego zmuszany zrobiło jej się przykro. Zlizała wszelkie otwarte rany jakie nosił na ciele, dała nieco biżuterii i kazała uciekać. Wprawdzie odmówił, ale być może dzięki temu jakoś jednak da sobie rade.
Kainitka wypuściła go potem bez ekscesów.


***
Jednak nie długo przyszło jej się cieszyć spokojem.

Seria wystrzałów z karabinu poderwała ją z łóżka na równe nogi. Na korytarzu wybuchło zamieszanie i panika, ktoś cos krzyczał, inni biegali z bronią. Wystrzały powtórzyły się- wyglądało na to, że na powierzchni toczyła się zażarta wojna.

Ledwo wystawiła głowę z sypialni, już dwóch osiłków wpadło na nią przewracając na ziemię. Nikt jednak nie miał czasu zwracać na to uwagi- wszyscy próbowali dostać się na górę.
Pobiegła za nimi, chcąc na własne oczy zobaczyć, cóż się tam wyprawia.

Stanęła jak urzeczona tym, co zobaczyła.
Wokół niej latały kule, biegali kainici i szykowano ciężkiego kalibru kontratak. Ona jednak, nieprzyzwyczajona do tego typu zabaw, stała jakby wrosła w ziemię.
Przed nadlatującym pociskiem uchroniło ją to, że jeden z sabatników (który jak się potem okazało był nikim innym jak Snakiem) przewrócił ją na ziemię. Rozglądała się nerwowo, jak roztoczona wokół domu bariera słabła.
Przypuszczała, że w tym zamieszaniu mogłaby uciec, ale ciągle miała w głowie jedną myśl: jeśli teraz zwieje, to już nigdy nie uda jej się dowiedzieć co to za trumna jest przygotowywana, kto tak naprawdę jest ich wrogiem, co planuje i jaki związek z tym ma Goratrix.
A ona musiała to odkryć, bo jeśli nie ona, to kto?
Czuła wewnętrzny przymus dowiedzenia się co jest grane i zapobiegnięcia ewentualnym kłopotom. Nie mogła dopuścić do tego, by coś się stało Gabriellowi, czy nawet Poloni. W końcu kardynał uratował jej życie i to do czegoś zobowiązywało.

Wyczuła go gdzieś w pobliżu. Jej Ojciec był tutaj. Wprawdzie dzieliła ich odległość całego pola bitwy, ale mimo wszystko dało się go bez problemu zlokalizować.
Telepatia.
Wbrew jej obawom, choć nadal był zły, to odpowiedział.

- wszystko idzie jak należy... mam nadzieje ze nie jesteś bardzo zły na mnie... - zły? a o cóż to niby?...
- no za ta cala szopkę...
- o to ze mnie zdradziłaś dla jakiego nędznego sabatnika?
- Gabriell...
- o to ze zwyczajnie uciekłaś ode mnie
- ty w to wierzysz... Gabi.. wiec nie mam po co wracać.....??
- nie wiem już w co wierzyć.. sama powiedz .. chyba nie wolisz jakiegoś brudnego sabata?
- Gabriell... przecież wiesz ze cię kocham..: ale ta sprawa tutaj, to nie jest takie proste...
- nie jest proste?.... po co do niego szłaś w ogóle?... zmusił cię do tego?
- wcale.. stara sprawa.. porachunki.. nie załatwione dzieje..: wiesz o co chodzi...
- wiem
- pozostało miedzy nami kilka nie załatwionych spraw...
- ale przecież ci cos mówiłem żebyś to zostawiła dla własnego dobra
- to po co mnie tu przywiozłeś? sam kazałeś mi tu przyjechać by stawić czoła przeszłości i to zrobiłam..
- tak...ale nie w TEN sposób
- tak bardzo cię to boli ze tu jestem? dobrze wiesz jakie mam tu możliwość..
- a jak myślisz? jestem twoim ojcem, a ty moją córką, jak myślisz co mogę czuć?
- Gabriell.. została mi tu jeszcze jedna wielka afera do załatwienia...ale nie wiem jakim kosztem...
- jak znowu? ven...tylko nie zrób kolejnego głupstwa
- Polonia sam nie jest mi zagrożeniem.. raczej... ale jest ktoś inny... jeszcze nie wiem kto
- przybyłem tu by go zniszczyć i cię zabrać i to zrobię
- komuś jesteśmy solą w oku..
- co?
- Gabriell nie ruszysz teraz
- ruszę
- bo to chyba nie tylko Goratrix, choć on tez...: to jest na szerszą skale..
- Etrius i jego uczniowie wiedzą już jak przełamać tą barierę
- nie wiem jak ci to wytłumaczyć..
- lada chwila będzie luka by się wedrzeć
- nie dorwiecie ich... ja wyjdę, ale oni tez znikną.. nie tędy droga.. ich trzeba zniszczyć, a nie przeganiać..
- nie mogę cię wystawiać jako przynęty!
- cóż, jestem jedyna jaka macie, ale nie wiem jaka cenę musiałabym za to wszystko zapłacić..
- ven...co ty pleciesz?!
- tylko ja ich mogę zniszczyć... a oni nas
- schowaj się w bezpiecznym miejscu a zaraz się do ciebie przebije. kto? Goratrix?
- Goratrix.. reszta.. nie wiem
- Etrius już przygotował dla niego niespodziankę
- Polonia to płotka przy nich
- polonia zawsze był płotką.. tylko ze na stanowisku
- hm.. ale stanowisko daje mu władze... i to niezłą.. gdybym zdobyła kontrole nad plotka... to moglibyśmy raz na zawsze załatwić sprawę sabatu.. ale to wymaga czasu Gabriellu... i poświęceń.. ale czy jest inna droga... Goratrix.. czy czort wie kto.. chce zabić nie tylko ciebie.. Polonie tez... razem z tobą.. a może i mnie...
- co?..
- tyle ze na razie oczekuje czegoś innego...
- nie.. Goratrix nie jest chyba....: choć może...
- tego co chciał od początku...
- nie wiem...może być zdolny do wszystkiego
- wiem...i jest.. widziałam to w jego oczach wczorajszej nocy...
- nie zbliżaj się do niego pod żadnym pozorem
- to on zbliża się do mnie... Polonia jest właściwie jedyną barierą która dzieli mnie od wrogów...
- schowaj się w bezpiecznym miejscu
- Gabriell...
- jest niczym w porównaniu z tym jaką barierę ja stanowię
- nie wiem co mam robić... walcz... zobaczymy cóż tego wyjdzie.... ja na razie wracam na dół... nie wiem jeszcze co zrobię.... ale co by się nie stało.. pamiętaj ze do końca cię kochałam...i trzymaj z dala od nich... jeśli ja nie wrócę.....
- nie.. ven.. stój..
- przepraszam ze musze cię ranić.....
- ani mi się waż!

Transmisja urwała się wraz z kolejnym wybuchem. Zastanawiała się nad słowami swego Stwórcy, który kazał jej wracać, ale nie mogła ich usłuchać. Miała tutaj jeszcze coś do zrobienia. Cofnęła się w kierunku domu i miała zamiar zejść do podziemi, gdy nagle obok niej pojawiło się dwóch członków SWAT. Zaskoczyli ją niesamowicie. Nadal w lekkim szoku zaczęła zachowywać się nieco nielogicznie. Chciała im uciec, ale nie wiedziała jak, szczególnie, że ci dwaj byli uzbrojeni. Po chwili szła z nimi w kierunku zaparkowanego Jeepa. Nie mając lepszego pomysłu udała, że upada.
Potem wydarzenia potoczyły się jeszcze szybciej. Wbiegła do domu próbując dostać się na niższe poziomy jednak ci nie odpuszczali jej ani na krok. Osaczyli ją na dole, rozdzielając się.
Jeden gdzieś zniknął, drugi zaś stanął z nią oko w oko.
- Chodź ze mną. Nie chcemy ci nic zrobić. Przysyła nas Justicar. Mamy cię zabrać do domu.
- Rozmawiałam już z Justicarem. Zostawcie mnie.
Patrzył zaskoczony na kainitkę.
- Dostaliśmy rozkaz doprowadzenia cię za wszelką cenę. Chodź.
Wycelował do niej z broni. Nie miała pomysłu co z nim zrobić. Nie chciała zabijać, ale nie mogła tez iść.
Odpięła z szyi łańcuszek od Gabriella. W wyciągniętej ręce podała do żołnierzowi.
- Wracaj na górę i oddaj to memu Ojcu. Ja muszę zostać..
W ułamku sekundy zobaczyła, jak mężczyzna wyciąga rękę po wisiorek, a następnie łapie ją za ramię, rzuca na ścianę i brutalnie skuwa kajdankami. Pisnęła tylko. Nie miała pojęcia, kiedy pojawił się ten trzeci.
Niepokój wzbudziło w niej to, że wywoływany przez radio drugi SWATowiec milczał. Wydało im się to podejrzane.
- Alfa bravo dwa, zgłoś się.. Alfa Bravo...
Po chwili na schodach pojawiła się spadająca jak piłka głowa Alfa Bravo2, a zaraz za nią sylwetka jeszcze jednej osoby.
Po chwili Alfa Bravo1 upadł ciężko, przebity na wylot cienistymi mackami. Victoria naprężyła mięśnie, gotowa do walki. Choć miała skute ręce, nie zamierzała się bezmyślnie poddawać.
Stojące na schodach coś zeszło dwa stopnie niżej. W ciemności zauważyła tylko poszarpany i ubrudzony krwią płaszcz, a po chwili także długie czarne włosy. - Heh, chyba trochę za brutalnie mi to wyszło. Nie chciałem cię wystraszyć Victorio, ale jakoś mnie poniosło jak zobaczyłem, że on do ciebie celuje.. Z otaczającego go mroku wyłonił się Snake. Poobijany, brudny, ale zawsze Snake. Dopiero teraz Vic mogła odetchnąć z ulgą i zrzucić do końca rozerwane chwile wcześniej kajdanki.
Arcybiskup spojrzał na jej poranione od stali nadgarstki i sączącą się krew, po czym skrzywił.
- Kto to widział zakuwać ciebie jak jakiegoś cholernego Giovanni.

Przytulił ją lekko i zaprowadził do jej pokoju. Oboje byli poobijani. Pogadali chwilę, po czym postanowili, że jednak czas najwyższy iść się nakarmić, umyć i przebrać. Sabat powoli zbierał się w podziemiach i liczył straty własne. Kiedy Snake wyszedł, Victoria poszła wziąć kąpiel. Wyglądała tragicznie, cała we krwi i błocie. Nie chciała, by tak ją znaleźli powracający do swoich kwater sabatnicy. Już wystarczyło, że gadali po uczcie, na której to ponoć przystąpiła do Sabatu.
Nienawidziła plotek na swój temat.
I bała się, co te plotki zrobią z niej w oczach Camarilli.
Chciała wrócić do domu, kiedy to szaleństwo już się skończy.
Niewiadomo tylko, czy jej dom jeszcze zechce ją przyjąć.
Dla dawnych kompanów była już tylko sabatniczą dziwką niegodną niczego innego, jak tylko zasłużonej śmierci za zdradę. Camarilla nigdy tego nie wybaczała i wybaczyć nie ma zamiaru. Nawet justicarskiej córce, poświęcającej swe ciało i duszę tylko po to, by reszta sekty i jej własny Ojciec mogli nadal żyć.
Goratrix niestety miał wiele racji w tym co powiedział. Ona już właściwie nie ma po co wracać. Zaszła jednak za daleko, by teraz mogła się wycofać. Skoro już nie uciekła stąd kiedy miała ku temu okazję i nie wróciła do Gabriella gdy ją o to prosił, pozostało jej tylko dumnie tkwić przy raz podjętej decyzji i próbować zrealizować wygórowany plan, który pojawił się w jej głowie.
Pokona Sabat jego własną naiwnością i słabością. Nawet, gdyby to miało oznaczać konieczność zbliżenia się do czyniącego jej awanse Poloni.
Nie ważne jak daleko będzie musiała się posunąć w swojej misji i jak daleko oddać Kardynałowi- w każdym bądź razie zdobędzie w końcu informacje, których potrzebuje, a wtedy...

Zanurzyła się po szyję w wodzie i pianie.

Tak, zrealizuje swoje zamierzenia nawet pomimo przeciwności losu. Pierwszy krok na drodze "wierności Sabatowi i jego ideałom" już zrobiła, nie uciekając wtedy, gdy było to możliwe. Teraz czas na dalsze posunięcia.


*****

Ubawiła ją mina sabatnika, który znalazł ją spokojnie czeszącą włosy w sypialni Kardynała. Biedny chłopak nawet przez sekundę nie pomyślał, ze dziewczyna może nie uciec przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ona jednak potężnie go zaskoczyła.
Chwilę po sabatniku w sypialni zjawił się sam Polonia, również zdziwiony jej ciągłą obecnością w tym miejscu.
- Mam nadzieję, że stąd nie wychodziłaś...
- Ależ jak najbardziej wychodziłam. Byłam na górze i widziałam co się dzieje. - A więc mi się jednak nie wydawało...
- Nie..
Rozmawiali jakiś czas. Francisco był mocno zadziwiony jej postawą i decyzją. Nie potrafił pojąc, jak to ona nie odeszła kiedy mogła i nikt jej nie pilnował. Vic natomiast tylko słodko się do niego wdzięczyła i potwierdzała wysnute przez niego teorie co do powodu jej pozostania w tym miejscu.
Francisco bardzo, ale to bardzo się z tego ucieszył. Czul w ustach smak wygranej, szczególnie po tym, jak Victoria delikatnie przesuwając dłońmi po jego ranach żałowała go i podtykała pod nos własną vitae.
Oczywiście, że nie pogardził tym specjałem tylko z rozkoszą zagłębił zęby w szyi kanitki, a ta jedynie mocniej się na nim wsparła i objęła go. Podobała mu się jej uległość i oddanie. Podobało mu się jej ciało lezące teraz w jego ramionach. A ponad wszystko podobał mu się fakt, że sama mu ta przekąskę zaproponowała, jako zapłatę za kłopot który przez nią miał, a któremu na imię było Camarilla.
Czegóż mógł chcieć więcej niż tego co właśnie od niej dostawał? Z każdą chwilą ona coraz bardziej należała do niego i coraz cudowniej dało się to odczuć. Kto wie, może nawet udałoby się ja namówić na wspólne loże i plany.. A od tego już tylko krok do "zaadoptowania" jej i wspólnej, naprawdę długiej przyszłości, bez Gabriella, Goratrixa i innych przeszkód.
Jeszcze tylko kilka dni, a ona całkiem mu się odda... Był tego niemal pewien.

Victoria czuła się paskudnie, kiedy teraz, kilka dopiero minut po rozmowie z Ojcem tuliła się do Sabatnika. Jednocześnie jednak czuła do niego także niewyjaśniony pociąg i zainteresowanie Nie, nie było jej źle w jego ramionach, tylko jakoś tak.. dziwnie. Nie miała jednak większych oporów przed tym, by ten zgodnie z własnymi zachciankami ją spijał. Właściwie to to było nawet przyjemne. No i do Gabriella też miała gotowe wytłumaczenie.
Nie mówiąc, że już sam sposób w jaki zaczęła przywiązywać do siebie Kardynała był wręcz genialny. Pewnym było, ze tylko kwestią czasu jest, kiedy to ona zacznie wpływać na jego decyzje, a nie odwrotnie. Właściwie było jej to na rękę.

Staliby tak pewnie i pieścili się jeszcze długi czas gdyby nie nagła wizyta młodego sabatnika mającego pilną wiadomość dla Kardynała. Zastał on swego zwierzchnika tulącego drobne ciało ventrki i tulonego przez nią. Jego zszokowaniu nie było końca.
Wprawdzie niespecjalnie tym faktem zadowolony, ale Kardynał musiał się udać na przesłuchanie jeńca z Camarilli, a Victoria postanowiła poleżeć i pomyśleć nad tym co się dzieje i nad dalszą strategią.
Spokój jednak nie był jej dany..


***

Mało pamiętała z odbytej z Tremerem walki.
Energia, pioruny, ładunki przepływające przez przestrzeń wokół niej, trumna w oceanie krwi i przenikliwe oczy Goratrixa chcącego opanować jej umysł. Do tego ten dziwny czerwony kamień i miecz złożony z energii i Woli.
Zażarta bitwa i głos jej dawnego Mistrza mówiący, by poddała się po dobroci. Gabriell, jego wspomnienie, wspomnienie naszyjnika od niego które dawały jej siłę do walki.
I ostateczny, potworny w swej skuteczności cios, po którym z Tremera zostały tylko nędzne szczątki.
Zrujnowane pomieszczenie sypialne, fale powracającej energii i potworna słabość jaka ogarnęła ją po walce.
Poczuła, jak upada w ramiona Ojca, jak delikatnie gładzi on jej twarz i czule się w nią wpatruje. Potem była już tylko ciemność.


***

Pierwszą rzeczą jaka docierać zaczęła do jej powracającej świadomości był smak vitae w ustach. Choć jeszcze nie nawiązała do końca kontaktu z otaczającą rzeczywistością, machinalnie poruszyła wargami spijając życiodajną esencję. Lekko metaliczny, acz rozkoszny aromat rozpłynął się w niej, zmuszając niejako do powrotu do świadomości.
Bardziej wiedziała niż czuła, że leży na zimnej marmurowej podłodze sypialni, z głową umieszczoną na czyichś kolanach.
Prawie nie kontrolowała własnego ciała, jej zmysły było mocno przytępione. Właściwie nie odczuwała bólu, raczej przeogromne, przytłaczające zmęczenie, inne jednak niż to wywołane zwykłym brakiem krwi. Podobne było do stanu, w którym z każdej komórki składającej się na organizm uszłaby energia. Nie składniki odżywcze, jakimi była niewątpliwie vitae, ale sama czysta energia, być może pochodząca właśnie z niej, a być może będąca raczej czymś mistycznym. Mistycznym.. To słowo skojarzyło jej się z jakąś sprawą, jednak uleciało z głowy tak szybko, jak się pojawiło pozostawiając po sobie jedynie pytanie bez odpowiedzi. Widać to jeszcze nie był odpowiedni czas na analizę wydarzeń minionej nocy.
Im dłużej leżała, tym więcej faktów zaczęła kojarzyć. Stopniowo dochodziła do siebie. Chociaż nadal była potwornie słaba i fakt ten nie ulegał zmianie mimo upływu czasu, sama świadomość i wspomnienia minionych wydarzeń powracały do niej powoli.
Wysiliła znacznie umysł i wolę próbując przypomnieć sobie gdzie jest, jak się tu znalazła i co spowodowało jej obecny stan. Udało się, a wspomnienia wielkimi falami zalewać poczęły jej umysł.
W tym samym czasie słysząc nad sobą czyjś głos nieświadomie otworzyła oczy. Obraz przed nimi był zamazany i niewyraźny, praktycznie widziała tylko światło, cień i zarys kształtu jakiejś postaci. Umęczona przymknęła oczy, by po chwili otworzyć je ciężko z powrotem. Teraz świat dookoła był nieco ostrzejszy. Skoncentrowała się i skupiła wzrok na klęczącej nad nią osobie, na kolanach której znajdowała się jej głowa, a vitae z nadgarstka kapała w usta. Przez chwilę mimo wszystko nie była w stanie określić kim ona jest i skąd ją zna. Po paru sekundach nadeszło jednak zrozumienie, a także skompletowane już wspomnienia z kilku ostatnich nocy, odkąd opuściła bezpieczną przystań sił Camarilli w NY. Jeszcze raz spojrzała na zerkającego na nią kainitę i rozpoznała tym samym jedną osobę.
- Snake..


***

Arcybiskup bardzo się zdenerwował, kiedy drobna kainitka opowiedziała mu to udało się jej zapamiętać.
Nie bardzo jednak wiedział co z tym fantem zrobić i jak jej pomóc. W końcu podjął decyzję, według której zgodnie z planami Polonii Vic powinna stąd wyjechać wraz z Kardynałem. Ventrce ten pomysł może nie za bardzo do gustu przypadł, ale nic na to poradzić nie mogła. Lepszego tez zresztą nie miała. Stanęło na tym, że mają się wraz z Franciskiem jak najszybciej spakować i ruszać. Nikt nie chciał ryzykować ponownego ataku Goratrixa, gdyż w milczeniu wszyscy oni spodziewali się, że kolejny atak będzie już śmiertelny, a w najlepszym wypadku- skuteczny. Nikomu się nie uśmiechała wizja Victorii uwiązanej przez głowę Tremere Antitribu jako jego marionetka i źródło dodatkowej potęgi.
Zabrali swe rzeczy jeszcze tej samej nocy i w pośpiechu wyjechali. Na miejscu pozostał tylko Snake, który miał załatwić swoje stare porachunki. Ventrka przeczuwała, że dobrze się to nie skończy, ale nikt nie miał zamiaru jej słuchać. Francisco zagonił ją jak psa do samochodu, po czym błyskawicznie odjechał.

Po kilku minutach usłyszeli tylko potężny huk, a na miejscu, gdzie niegdyś stała willa Polonii teraz królowała wielka kula ognia spowodowana wybuchem.

Esche spuściła głowę.
Miała nadzieję, że Snake zdążył stamtąd zniknąć przed wybuchem, jednak na podstawie tego co mówił wcześniej wnioskowała, że on nawet się stamtąd nie ruszył, tylko został dopilnować wszystkiego do końca.
Zrobiło się jej smutno.
Być może Sephinhroth był jej winny wiele wyjaśnień, być może sprzedał ją Polonii za co później przepraszał, może nawet miał na sumieniu wiele innych wciskanych jej kłamstw, ale to właśnie on zdecydował się jej pomóc. Podczas ostatniej ich rozmowy widziała w nim cos więcej niż bezwzględnego Sabatnika próbującego wejść w łaski potężniejszego jej kosztem.
Wtedy Snake żałował tego co zrobił, żałował że ją w to wmieszał i w ogóle przyjechał do NY. Zaproponował jej pomoc w ucieczce, podarowanie jakiegoś domu i gotówki by mogła zacząć wszystko od nowa, z dala od Camarilli i Goratrixa. Dla niej jednak było już na to za późno. Zbyt głęboko uwikłała się w tą sprawę i za bardzo podpadła obu sektom i samemu Goratrixowi. Lista jej wrogów także znacząco się wydłużyła.
Ona nie mogła teraz zacząć uciekać, bo to by jej nic nie dało. Musiała doprowadzić sprawę do końca i oficjalnie wyplątać się ze stawianych jej zarzutów. Tylko to mogło jej pomóc w powrocie na łono Rodziny i tylko to mogło pomóc w powstrzymaniu Goratrixa i jego szalonych planów.
Ucieczka tylko pogorszyłaby sprawę.

Victoria jeszcze raz obróciła się przez ramię siedząc na tylnym siedzeniu kardynalskiego wozu.
Kula nad willą sabatnika zmniejszyła się trochę, ale ogień nadal nie słabł. Jeśli Snake tam został, to właśnie ginął w płomieniach.
Nawet on nie miał prawa przeżyć takiego wybuchu.

Zwinęła się smętnie na siedzeniu odwracając wzrok i próbując nie płakać. Śmierć przyjaciół zawsze bolała, a ich śmierć po części w twojej własnej sprawie już szczególnie.

Jechali w milczeniu.


***

Podróż zajęła im dobre kilka godzin i nie należała do szczególnie przyjemnych. Ciasno, wyboisto, droga wąska i ciemna, na dodatek przez las.

Co gorsza, jeszcze w mieście między Victorią a Francisciem powstał konflikt na temat, delikatnie mówiąc, "jedzenia". Polonia wyśmiewał się z człowieczeństwa dziewczyny i jej stosunku do śmiertelnych, ta zaś próbowała wybić mu z głowy zabijanie "kolacji". Niezbyt jej wyszło.
Kardynał nie dość, że sam zabił jedną ofiarę to tak urządził biedną Ventrkę, że ta niemal całkowicie osuszyła drugą dziewczynę. W szale oczywiście. Problem pojawił się, kiedy Victoria doszła już do siebie i załapała, co zrobiła kilka minut wcześniej.
Wrzask, płacz, pazury w ruchu...
Przypiął ją na siłę pasem do siedzenia i unieszkodliwił jak mógł najlepiej. Niestety, nie potrafił tak samo uspokoić jej sumienia. Poczucie winy zżerało ją od środka, paląc niczym ogień.
Wtedy tez zrozumiała, ze od sabatnika dzieli ją przepaść nie do przeskoczenia- przepaść moralności i ideologii.
On nie chciał się zmienić i "osłabiać", a ona nie potrafiła być bezrozumną i zimną bestią jak chciałby Miecz Kaina. Nie potrafiła zabijać niewinnych. Nie potrafiła zabijać ludzi. Nie była potworem.
Miała swoje zasady i swój honor, a jadący obok kainita na silę zaczął je zmieniać, nie pytając w ogóle o zgodę. Victoria nienawidziła brutalności i była do niej uprzedzona, szczególnie w odniesieniu do kardynała, u którego przecież spędziła tyle lat w niewoli i który tak potwornie ją bił i upokarzał. Choć obecnie starał się być miły i taktowny, jak również nabrał do niej słabości i wszelką przemoc ograniczył, to dawne traumatyczne wspomnienia i narosłe na nich uprzedzenia oraz nienawiść dawały o sobie znać.
To co zrobił tej nocy przeważyło jednak szalę. Victoria postanowiła odejść, jak tylko uda się jej załatwić najpilniejsze sprawy.

Po kilku godzinach drogi udało się im dojechać do niewielkiej willi położonej w górzystym terenie. Victoria była już bardzo zmęczona podróżą i minionymi wydarzeniami. Poczucie winy nadal nie dawało jej spokoju, a to dodatkowo ją dobijało.

Francisco pomógł jej wysiąść z samochodu, pomimo znacznych protestów ze strony samej zainteresowanej. Jego dotyk, po zabójstwie tamtej nieszczęsnej prostytutki budził w niej odrazę. Esche ciągle nie mogła się z tym pogodzić. Nie chciała by dotykał ją ktoś, kto niedawno zabił niewinną kobietę. Miała wrażenie, że jego ręce są całe we krwi tamtej dziewczyny. Na samą myśl, że Kardynał mógłby ją pieścić jak ostatnio Ventrką aż podrzucało. Sęk w tym, że na dobrą metę nie miała nic do powiedzenia w tej sprawie, a zbyt impulsywne odrzucanie sabatnika mogło się dla niej źle skończyć w obecnym, jakże niekorzystnym położeniu. W najlepszym wypadku zniechęciłaby go do siebie, tym samym odcinając sobie możliwość szpiegowania, wpływu na jego decyzję i co gorsza pozbywając się jakiejkolwiek ochrony ze strony sabatniczego władcy. A to oznaczało tylko jedno- śmierć, jeśli nie z ręki samych członków Miecza Kaina bądź "zdradzonej" Camarilli, to już z całą pewnością z ręki rozwścieczonego i upokorzonego Goratrixa. No, może przy odrobinie szczęścia nie zabiłby jej od razu tylko uwięził i przeprowadzał eksperymenty licząc na zrobienie z niej swojej tajnej broni.
A to też nie była miła perspektywa na następne stulecia.

Weszła cicho jak cień do opustoszałego jakby domu. Widocznie Kardynał tak bardzo obawiał się zdrady i niedyskrecji, że nie obsadził tu nawet ochrony. Po chwili jednak jasnym stało się, że widok przed chwilą był tylko zręczną mistyfikacją. Pewnie chcieli ich sprawdzić, gdyż już w 2 minuty po ich wejściu do posiadłości stawił się przed nimi oddział Black Handu i kilka ghuli, zgłaszając Polonii swą gotowość do pracy.
Na nią spojrzeli tylko pytająco, ale żaden z podwładnych nie miał odwagi zapytać o nią głośno. Po 30 sekundach już ich nie było.
- Dotarliśmy na miejsce Victorio. Teraz to jest nasz dom. Rozgość się tutaj i czuj jak u siebie, bo przewiduję, że zostaniemy tutaj dość długi czas. Spojrzał na nią nieco beznamiętnie, jak nadal urażona nie odzywa się ani słowem. Nie był w nastroju na takie zagrywki.
- Przestań się już dąsać o tą dziwkę. Mam dość innych problemów na głowie żeby się jeszcze jednym martwym bukłakiem przejmować.
- Dla ciebie wszystko to jest takie proste...- pokręciła głową w wyrazie jakiejś ukrywanej dezaprobaty.
- Nie, nie jest wierz mi. Przed kilkoma godzinami pozbyłem się ulubionego domu i wszystkiego co w nim było. Zginął przy tym mój długoletni współpracownik i co tu dużo mówić- przyjaciel. A na dodatek Inkwizycja Sabatu węszy wokół mnie w poszukiwaniu zdrady. Camarilla ściga teraz nas oboje i diabli wiedzą, co się stało z Goratrixem, czy zdechł czy nie, a ty się jednym śmiertelnikiem przejmujesz? Ja wiem, że potrafiłaś się przez to swoje człowieczeństwo zachowywać nielogicznie, ale teraz przechodzisz samą siebie. Nie chcesz uznać że jesteś drapieżnikiem a ludzie twoją ofiarą- dobrze, to twoja sprawa, wtrącał się nie będę. Nie chcesz uznać własnej wyższości- twój problem. Nie masz zamiaru się do mnie upodabniać- nie upodabniaj, mam to gdzieś. Ale do jasnej cholery nie pozwól się zabić w wojnie tylko z powodu jakiegoś pojebanego człowieczeństwa i nienormalnych zasad !!!!
Skuliła się pod jego wzrokiem i tylko posmutniała. Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał z ciepłem i czułością.
- Vic, zrozum, że jesteśmy teraz na wojnie. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty i czułostki. To brutalny świat bezwzględności, sprytu i przebiegłości. Człowieczeństwo ci tu nie pomoże..
- Ale nie muszę zabijać niewinnych ludzi..
Spuściła wzrok wlepiając oczy w podłogę. Ponownie podniósł jej brodę. - Nie musisz, oczywiście że nie musisz. Rozchmurz się już. Obiecuję, że więcej tego nie zrobię. Ba! Nawet nie będziesz musiała polować, sam będę ci przynosił vitae. Ale nie pozwól, by moralność zwyciężyła nad twoim rozsądkiem. Jesteś piękną, inteligentną kobietą o niespotykanej ostrości umysłu i intuicji, a także nieprzezwyciężalnej słodyczy i gracji. Mogłabyś bardzo daleko zajść z tymi cechami, ale sama się blokujesz, czy to fałszywą moralnością ludzi, czy jeszcze bardziej fałszywymi słowami Ojca. Nie pozwól, by to oni decydowali o twym życiu i niszczyli wewnętrznie. Zastanów się nad tym moja cudna.. Przyciągnął ją mocno i pocałował namiętnie, tak układając w swych ramionach by zdławić ewentualny opór. Oporu nie było.
Nie zdążyła zareagować nim silna fala ekstazy przelała się przez jej ciało. Zamruczała nieświadomie, a on zachęcony tym mocniej zagłębił się w jej usta dłonie wsuwając pod kurtkę i lekką bluzkę. Zmrużyła oczy. Oprzytomniała dopiero gdy poczuła jego dłoń na swych piersiach. Wyrwała się nagle i uciekła pędem do ogrodu. Nie miał szans jej złapać, użyła akceleracji. Patrzył za nią jeszcze przez chwilę.
-To tyko kwestia czasu Vic.. Ty już jesteś moja tylko cały czas próbujesz temu zaprzeczać.
Mruknął pod nosem i poszedł do swej sypialni.

Kiedy wróciła do domu, jej pokój także był już gotowy. Wskazał jej go ghul, gdyż Polonia był właśnie na naradzie ze swymi najlepszymi dowódcami wojskowymi. Nawet stąd sterował wydarzeniami i Krucjatą prowadzoną w NY. Urodzony dowódca. Victoria rozgościła się w niezbyt dużym, ale przytulnym pokoiku przeznaczonym na jej sypialnię.
Stało tam duże, drewniane, zdobione łóżko, szafa, komoda z lustrem, dwie nocne szafki i niewielki stolik z dwoma krzesłami, w sam raz na kolację we dwoje. Obok kominka był też obity purpurowym aksamitem wysoki fotel. Na półkach niewielkiej biblioteczki było kilka książek, za to telewizora nie było wcale. Telefonu tez nie.
Widać albo nie chciał, by widziała co się dzieje w wielkim świecie, albo bał się, że po nagłej ucieczce z miasta zechce się z kima skontaktować. Wyglądało, że Kardynał pragnie teraz tylko spokoju.
Odruchowo zajrzała do szafy i jakież było jej zdziwienie, gdy znalazła tam ubrania dokładnie w swoim stylu i rozmiarze. Spraw politycznych nie miał kiedy załatwić, ale zamówić jej ubrania owszem.
Na stole stał ogromny bukiet czerwonych róż z wetkniętą weń karteczką. Zastanowiło ją, skąd on tu nagle wziął róże. Albo miał jakiegoś Tremere w ekipie, co potężnie by ją zaskoczyło, albo miał jakiś kontakt z bardziej ucywilizowanymi rejonami, bo sama willa stała całkiem na odludziu, ogrodzona solidnym murem i dużym ogrodem od reszty świata. Podeszła do kwiatów i zajrzała w karteczkę.


"Za wszystko co ostatnio zrobiłem nie tak. Chcę ci to wynagrodzić. Bądź tak miła, przebierz się w srebrną suknię, którą zostawiłem ci w szafie i zejdź później do salonu. Pragnę kolacji tylko we dwoje, tym razem bez ekscesów. Musimy porozmawiać. Polonia"



Patrzyła na karteczkę przez dłuższą chwile. Ten gest ją zdziwił. Nie znała nigdy Francisca z tej strony. Zawsze gdy chciał ją widzieć albo rozkazywał jej się stawić, albo sam po nią przychodził. Nigdy tez nie zostawił jej kwiatów. To była miła odmiana.
W ogóle ostatnio rzadko kwiaty dostawała. Gabriell był tak zabiegany, że nie myślał o tym, ciągle jej obiecując, że jak tylko znajdzie chwilkę czasu to jej to zrekompensuje. Tyle, że od dobrych kilku miesięcy tego czasu nie znajdował. Brakowało jej jego czułości.

Odłożyła świstek, zajrzała do szafy wydobywając niezwykle seksowną i drogą srebrną suknię i przyjrzała jej się dokładnie. Wprawdzie w towarzystwie Ojca miewała już takie cos na sobie, ale w towarzystwie sabatnika nigdy.
Suknia miała odkryte plecy, poprzecinane lekko cieniusieńkimi łańcuszkami schodzącymi się na środku w misterną pajęczynkę, mocno wycięte ramiona i głęboki dekolt. Na dodatek nie była zbyt dyskretna pod względem materiału. Poza krótką halką umieszczoną pod wierzchnim materiałem, wszystko w delikatnym świetle mocno prześwitywało. To zaś oznaczało, że na dobrą metę będzie miała więcej odsłonięte niż zasłonięte. Na dodatek, nie dość że materiał prześwitywał, to suknia miała na nogach rozcięcia niemal do bioder. Jeśli ją założy, Kardynał napatrzy się za wszystkie czasy.
Zaczęła grzebać w szafie, ale po kilkunastu minutach stwierdziła, że pomimo swojej wyzywającej formy ta suknia zdecydowanie jest najpiękniejsza. Zastanawiała się jednak, czy nie zrobi głupoty zakładając ją dla niego. To była jawna prowokacja z jej strony. Po chwili jednak stwierdziła, że właściwie co ma do stracenia? Polonia siłą jej nie ruszy, bo wie że to by było jego samobójstwo. A ona dobrowolnie ruszyć się nie da.
W końcu poszła do wanny, wykąpała się, umalowała i założyła, co Francisco pragnął. A niech sobie popatrzy ! I tak na patrzeniu się sprawa skończy, niech ma tą odrobinę przyjemności.

Kiedy już była wyszykowana na bóstwo, zeszła na dół do Francisca. Jeszcze dobrze nie zamknęła za sobą drzwi do jadalni, a już poczuła na sobie jego wzrok.
- Cudowna. Idealna istota w swej prawdziwie pięknej formie. Nie mógłbym sobie tego lepiej wyobrazić..
Uśmiechnął się drapieżnie i podszedł zwinnie do kobiety, po drodze odstawiając kieliszek z winem.
Okręcił ją wokół siebie porywając do tańca, a następnie usadził po swojej prawicy przy długim, potężnym stole. Specjalnie dla niej kazał ugotować najlepsze potrawy i wyjął srebrną zastawę. Światło było zgaszone, pomieszczenie rozświetlały jednak duże, gęsto ustawione srebrne świeczniki.
Sam cały czas siedział nad kryształowym, okutym srebrem kieliszkiem, w którym na zmianę miał wino i vitae. Victoria była bardziej wybredna i skosztowała przyrządzonych dla niej specjałów.
Początkowo milczał, nie chcąc jej przeszkadzać. Potem jednak zaczął mówić powoli.
- Myślałem nad nami Vic i nad tym co się dzieje. Doszedłem do wniosku że najlepiej będzie, jeśli. hm.. dasz się "adoptować" i wejdziesz pod moje skrzydła. Zaczynam mieć problemy ze swoimi ludźmi jeśli chodzi o twą osobę. Wprawdzie przyłączyłem cię do sabatu, ale kilka osób spostrzegło wtedy twą niezbyt entuzjastyczną reakcję i zadają wiele pytań. Stąd tez Regent doradziła mi, bym oficjalnie wziął cię na "wychowanie" i podkreślał to często. Wtedy ty miałabyś nadzór, a ja kontrolę nad tobą, oczywiście tylko formalnie, bo nie chce cię ograniczać moja piękna..
Wyciągnął rękę i zaplótł we włosy Victorii muskając przy okazji jej kark. Zadrżała pod jego dotykiem.
- Francisco, tak być nie może. Nawet jeśli chwilowo nie jestem pośród Camarilli, to nadal mam tam Ojca i mentora. Dość krzywdy mu zrobiłam, by teraz dobijać jeszcze tym. ..
- Victorio, ale jak sama mówisz, już tam nie jesteś i to nie jest twój dom, a tutaj musisz mieć jakieś zabezpieczenie. Nie możemy pozwolić, by nas oboje posądzali o zdradę. Wierz mi, że to najlepsze rozwiązanie.
- Francisco- nie. Nie zgodzę się na tą farsę. Jestem to winna Gabriellowi. - Ven, ale to jedyne możliwe teraz rozwiązanie. Musimy tak zrobić, bo Regent naciska, a ja nie chce mieć jeszcze z nią na pieńku.
Objął ją podnosząc się z krzesła i owinął ramionami muskając ustami szyję. Wzdrygnęła się odsuwając go po chwili ramionami od siebie.
- Francisco to nie czas ani miejsce na takie zabawy.
- Ależ i czas i miejsce jest dobre moje Dziecko..
Złapał ją za nogę i objął nią siebie. Wyszarpnęła się natychmiast.
- Przestań się zachowywać jakbym była twoją własnością i przestań decydować o mojej przyszłości. I nie nazywaj mnie dzieckiem, bo nie masz prawa.. I zabierz te ręce...
Zerknął z uśmieszkiem, puścił nogę.
- Vic, słodka Vic..
Złapał ją od tyłu za włosy, delikatnie ustawiając głowę tak, by patrzył jej w oczy.
- Nie masz specjalnego wyboru moja mała. Kazali mi cię adoptować, więc z największą przyjemnością to zrobię. Nie sprzeciwiaj się, bo jakoś z tej sytuacji wyjść musimy. I nie zmuszaj mnie proszę, bym musiał cię siłą przekonywać do moich racji. Zależy mi na tobie piękna, ale nie aż tak, by kosztem tego położyć całą swoją dotychczasowa karierę i bezpieczeństwo nas obojga. To jest teraz najważniejsze.
- Masz zamiar mnie tu więzić?
Zaczęła się szarpać i wyrywać.
- Jeśli będę musiał, acz bardzo bym nie chciał, aby sprawy zaszły aż tak daleko ..
Spojrzała na niego z czymś w rodzaju mieszanki paniki, złości i oburzenia. To co on teraz wyprawiał przechodziło wszelkie pojęcie. Polonia może być sobie Kardynałem, ale nad nią władzy nie miał, nie ma i mieć nie będzie. Jego impertynencja ją zirytowała.
- Nie złość się Vic. To wszystko dla twojego dobra. Obiecuję, że będzie ci tu ze mną dobrze, a nawet lepiej niż z Ojcem w Camarilli. Właściwie to nawet się na nic publicznie nie musisz zgadzać i nic przy kimkolwiek przysięgać. Wystarczy, że będziesz blisko mnie..
Przygarnął ją do siebie tak, by stykała się z nim całym ciałem. Mocno, władczo, namiętnie. Siłą dobrał się do jej ust, ręce uparcie wciskając pod suknię. Patrzyła na niego przez chwilę, patrzyła w duże, czarne, błyszczące pasją i pragnieniem oczy. A potem przyłożyła mu w twarz tak, że aż się obrócił. Nie zdążył jej złapać i oddać, choć miał wielką ochotę. Nim zareagował, drzwi za nią właśnie się zamykały.


***


Długo nie mogła ochłonąć siedząc w swojej sypialni.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiła po powrocie z salonu było przebranie się w aksamitny garnitur. Ten ubiór był bezpieczniejszy. Pokazanie się Polonii w ów nieszczęsnej sukience nie było mądrym pomysłem. Mogła się spodziewać, że Kardynał tak zareaguje. Już od dawna wodził za nią wzrokiem, a teraz go ewidentnie sprowokowała. Co gorsza przez jego brak koncentracji właściwie nie porozmawiali. A to była ważna rozmowa, którą powinni jak najszybciej przeprowadzić i wyznaczyć sobie granice. Francisco miał racje, że dalej to tak trwać nie mogło i coś postanowić musieli. Miała nawet pewien pomysł. Przypomniała sobie zachowanie sabatnika przy kolacji i dreszcz ją przeszedł. Nie było jej źle w jego ramionach. Było przyjemnie. Był natarczywy, ale nie mogła mu się dziwić. Dała mu solidny powód.
Od teraz koniec sukieneczek i prześwitujących materiałów. Ona należy do Gabriella, nieważne jak czuły i pociągający byłby Francisco. Musi się trzymać swoich zasad. Żadnego mężczyzny poza swoim wampirzym Ojcem.
Acz Kardynała wypadałoby przeprosić za ten cios. Nie był do końca słuszny. Mogła się obejść bez tego pokazowego gestu. Jest mu winna wyjaśnienia i kilka miłych słów.
Poprawiła garnitur i odczekała kilka minut pozwalając mu się uspokoić po minionej scenie, a następnie weszła w gęsty cień w kącie by tak przedostać się do sypialni mężczyzny. Drzwi od pokoju miała bowiem zatrzaśnięte co oznaczało, że sabatnik wściekł się bardziej niż przypuszczała. Zagłębiła się w mrok.

Cdn...
Ventrue1.
komentarz[2] |

Komentarze do "Amor Vincit Omnia cz.4"



Musisz być zalogowany aby móc oceniać.


© 2000-2007 Elixir. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Designed by Corwin Visual
Engine by Khazis Khull based on jPortal
Polecamy: przeglądarke Firefox. wlepa.pl


   Sonda
   Co chciałbyś znaleźć w Elisium?
WoD 2.0
inne podsystemy
więcej artykułów
opowiadania
dyscypliny
historię/politykę
humor
Musisz być zalogowany aby móc głosować.

   Top 10
   O dramie słów...
   Cytaty i wypo...
   Więzy Krwi
   Wampir na sre...
   Podręczniki- ...
   Szpitalik
   Ventrue
   Tremere
   Artur Lafayette
   Gangrel

   Statystyki
userzy w serwisie:
gości w serwisie: 0

   ShoutBox
Strona wygenerowana w 0.047282 sek. pg: